Disklejmer: poniższy tekst nie ma za zadanie zniechęcić Czytelników do gonienia swoich zawodowych marzeń czy usamodzielniania się. Prezentuje tylko prawdziwą (moją) historię, która być może uświadomi tym, którym powinna to uświadomić, że bycie "wolnym" nie zawsze jest takie megazajebiste jak się może wydawać. I trzeba być na to przygotowanym.
Kiedyś napisałem post o wdzięcznym tytule "Zawód-programista. Zawód-freelancer. Przestrogi."... i to jest jego uzupełnienie.
Uprzedzając pytania: do Ewy Drzyzgi się z tą historią nie wybieram:).
Jak w bajce
Na studiach marzyłem o pracy w prawdziwej firmie programistycznej. Albo chociaż w dziale programistycznym firmy nieinformatycznej. Skończyły się studia, przyszła etatowa praca. Nie zajęło mi długo dojście do wniosku, że... to jednak, mówiąc łagodnie, nie jest takie satysfakcjonujące, rozwijające i fajne jak mi się wydawało. Stąd też byłem szczęśliwy jak nie wiem co, gdy 1 kwietnia (heh...) 2009, po półtora roku etatowej tułaczki, udało mi się zrezygnować z takiej pracy i rozpocząć własną działalność w domu. Jako freelancer.
Niejednokrotnie już na blogu pisałem, że najważniejszym krokiem przed podjęciem tak drastycznych działań jest zdobycie klienta "na początek". Mi przyszło to dość łatwo - kumpel podesłał mi swojego pracodawcę, przemiłego Szweda, który akurat chciał ruszać z nowym dużym projektem i szukał programisty. Dogadaliśmy się, zacząłem. Było jak w bajce:
Pracowałem średnio 6-7 godzin, nie tracąc na dojazdy ani minuty - więc mój normalny dzień zyskał nagle przynajmniej 2-3 godziny (wtedy mieszkałem jeszcze w Warszawie). Zdarzało się jednego dnia popracować więcej po to, żeby następnego skończyć o 11 rano i pograć sobie na komputerze, poczytać książkę czy popisać posty na bloga. Mało tego - przy takim trybie pracy zarabiałem dużo więcej niż na którymkolwiek z trzech etatów.
Od czasu do czasu, oprócz poznawania nowych technologii na potrzeby rozwijanego projektu, przyjmowałem inne zlecenie, aby w praktyce poeksplorować alternatywne rozwiązania. Dodatkowa robota (zupełnie jako hobby) -> rozwój -> dodatkowa kasa.
Robiłem to, co kocham. Na swoich warunkach. DevDream.
Żyć nie umierać.
Gówno wpada w szprychy po raz pierwszy
Po tak świetnym ułożeniu sobie życia postanowiliśmy z Joanną wrócić do Białegostoku (post1, post2). I, żeby już na poważne w dorosłe życie wejść w pełni, kupić od razu mieszkanie. Trochę ponad rok temu odebraliśmy klucze i zaczęliśmy wykańczanie. Szybka kalkulacja finansowa (to co mamy + to co mam w niezapłaconych fakturach + to co zarobimy) wypadła pozytywnie, więc do dzieła!
Podczas jednej z weryfikacji faktycznego stanu rzeczy z wcześniejszymi założeniami okazało się, że z powyższego równania prawie zniknął czynnik "to co mamy" a bardzo niepokojąco wrósł "to co mam w niezapłaconych fakturach".
Wtedy to po raz pierwszy dopadła mnie... panika? Nie wiem, w każdym razie było to bardzo nieprzyjemne uczucie utraty kontroli nad wszystkim. Oto stoimy w najbardziej kosztownym momencie życia prawie każdego młodego Polaka, a kasy jak nie było - tak nie ma.
WTF, co robić?
Nawet nie zdążyłem jeszcze porządnie zacząć rozglądać się za możliwościami dodatkowego zarobku, a od razu dość niespodziewanie trafił mi się drugi projekt. Harując przez 4 miesiące na właściwie dwa etaty (skąd urodził się post o devyczerpaniu) udało się jakoś finanse tymczasowo w miarę zbilansować.
A wiosną przyszła zaległa kasa. Nerwów trochę było, wspomnianych 4 miesięcy życia nikt mi nie zwróci, ale koniec końców - wszystko skończyło się dobrze.
Gówno wpada w szprychy po raz drugi
W maju b.r., zaraz po regeneracji sił po tym moim dodatkowym wyczerpującym projekcie, zaczęliśmy z Joanną dumać nad zaślubinami. A że dumać zbytnio nie było nad czym, decyzja zapadła w ciągu dwóch dni: let's do it już za 4 miesiące! Podjęcie tej decyzji poprzedziliśmy oczywiście podliczeniem kasy, stosując znany sprzed kilku miesięcy wzór: to co mamy + to co mam w niezapłaconych fakturach + to co zarobimy. Wynik wyszedł satysfakcjonujący, zatem rozpoczęła się organizacja.
Minęły tygodnie, przyszła kolej na ponowną weryfikację plany vs rzeczywistość i... damn! Znowu to samo. Oto przed nami drugi najbardziej kosztowny okres w naszym dotychczasowym życiu (a pewnie i w przyszłości też niewiele podobnych wydatków się pojawi) i ponownie jesteśmy na lodzie, mimo że nie powinno tak być!
Tym razem moja reakcja była bardziej zdecydowana: do ślubu zostało jeszcze sporo czasu, więc wysłałem grzecznego maila w stylu "Yo, wstrzymuję prace nad projektem dopóki nie zobaczę kasy na koncie". Pewny, że w końcu da to spodziewane efekty, zacząłem jednocześnie działać w kierunku ponownego znalezienia alternatywnego źródełka. Najpierw się zorganizowałem, a potem zacząłem realizację planu "jeśli będę częściej i bardziej interesująco pisał na blogu, to na pewno niedługo znajdę kolejny projekt". Dodatkowo - nie lubię siedzieć bezczynnie (tym bardziej w takiej sytuacji), więc korzystając z "bezrobocia" dokształcałem się w różnych kierunkach. Nie wiedząc nad czym będę niedługo pracował liznąłem trochę FubuMVC, trochę Rake, zobaczyłem z czym się je CQRS, sporo poczytałem o DDD, pobawiłem się Knockout.js, jeszcze bardziej zagłębiłem się w automatyczne testy, pooglądałem przeróżne sesje z NDC... i pewnie zahaczyłem o coś jeszcze, nie pamiętam w tej chwili.
Tak czy siak, może to się wydać durne. ALE! Natychmiastowe efekty przerosły moje oczekiwania! Może to zbieg okoliczności, ale w ciągu kolejnych pięciu tygodni dostałem w sumie do wyceny 9 (dziewięć!) specyfikacji. Zawsze blog przynosił mi jakieś oferty, ale nigdy aż tyle w tak krótkim czasie.
No a teraz smutna część: z żadnego z tych projektów nic nie wyszło. Długie godziny spędziłem na analizie specyfikacji oraz przygotowywaniu wycen, i w końcu każda droga skończyła się albo na uświadomieniu potencjalnemu klientowi że sam nie ma zielonego pojęcia czego chce, albo na "sorry, za drogo, mamy 3x mniejsze środki", albo na "super, robimy, ale za 3-4 miesiące". Ludu mój ludu, ja potrzebuję JUŻ, bo za kilka tygodni mam wyłożyć kilkadziesiąt tysięcy na ślub i wesele! W akcie desperacji zacząłem nawet powoli orientować się w białostockich możliwościach zatrudnienia na etacie.
Ale historia skończyła się inaczej: znalazłem inne programistyczne zajęcie (o tym osobno wkrótce), na wesele trzeba było trochę kasy pożyczyć od rodziców, a w podróż poślubną pojechaliśmy na 4 dni w Góry Świętokrzyskie zamiast na 3 tygodnie do Peru jak sobie wymyśliliśmy (ale i tak było zajebiście, bo w końcu nie jest najważniejsze "gdzie, na ile i za ile" tylko "z kim" - jaki ze mnie czasem słodki misiak, nie?). Żal jednak trochę pozostał, bo taka obezwładniająca, paraliżująca bezsilność zdecydowanie zmarnowała nam dobre kilka tygodni cieszenia się życiem.
A czemu bezsilność? Oczywiste wydaje się "idź do adwokata i odzyskaj kasę w sądzie!". Ale... dobry adwokat to pewnie kolejna kilkutysięczna inwestycja. Sprawa ciągnąć się może i ciągnąć (a kasę potrzebowaliśmy "na już"). Dłużnik kasy mi i tak nie odda, bo wiem że najzwyczajniej w świecie jej nie ma, i ja wcale nie jestem pierwszy w kolejce. Poza tym siedzi w Szwecji, więc jego ewentualne ścignięcie wiązałoby się zapewne z dodatkowym oczekiwaniem (tym bardziej że nie znam nawet jego tamtejszego adresu).
Ehh, zresztą w szczegóły nawet nie chce mi się teraz wnikać. Najważniejsze jest, że wszystko się jakoś udało i znowu jest fajnie.
Kilka mądrości na koniec
Wszystko to nie byłoby takie okrutne gdyby nie fakt, że oba przypadki wydarzyły się akurat w najgorszym możliwym czasie: przed wielkimi wydatkami. W normalnym, codziennym życiu Joanny pensja wystarcza na wszystko, więc gdyby nie tak olbrzymie koszty obu inwestycji - spokojnie jakoś dalibyśmy radę. Więc mądrość 1: jako freelancer nie bądź zdany tylko na siebie i swoje zarobki!
Stąd łatwo przejść do mądrości 2: zawsze miej odłożoną kasę na kilka miesięcy życia. My staraliśmy się, żeby w razie czego mieć na koncie kwotę która pozwoli przetrwać jakiś dłuższy czas choćby nie wiadomo co się stało. No i mieliśmy ją... aż trzeba się było całkowicie wyprztykać na mieszkanie i ślub:).
Państwo Polskie nasze kochane samo podyktuje nam teraz mądrość 3: nie wystawiaj dla tego samego klienta kolejnych faktur, jeśli ma jakieś zaległe. Powód jest tak banalnie głupi, że aż strach... Wystawiając fakturę musisz oczywiście zapłacić podatek od kwoty na niej widocznej. 23% VAT oraz ~19% PIT. I nie ma znaczenia czy kasę dostałeś czy nie! Rozbój w biały dzień, ale w mojej sytuacji same takie właśnie podatki zeżarły kasę na wcale niemałą część wesela, bo co prawda przestałem wystawiać kolejne faktury, ale trochę za późno... Na szczęście podatki takie są podobno "odzyskiwalne"... chociaż o tym dopiero się przekonam w praktyce.
Dochodzimy do mądrości 4: żaden klient nie zasługuje na dwa kredyty zaufania. Gdybym już za pierwszym razem, od razu postanowił zmienić projekt (albo przejść na przykład na system prepaid:) - płatne z góry za X godzin pracy) to później bym nie obudził się z ręką w nocniku. No ale... mądry Polak po szkodzie.
Na koniec ostatnia mądrość 5: ładuj się w duże zobowiązania finansowe tylko jeśli nawet w razie kataklizmu jesteś w stanie wyczarować skądś kasę. Niestety nigdy nie wiadomo co się może stać, tym bardziej przy takiej "luźnej" pracy. Zawsze trzeba mieć więc plan awaryjny. U nas akurat takie plany były dwa: pożyczka u Joanny w pracy oraz pożyczka od rodziców, więc nawet w tak niesprzyjających okolicznościach dało się przewidzieć powodzenie planowanych operacji.
Efekt tego wszystkiego jest taki: nie jestem już freelancerem. Po doświadczeniu jak w polskiej rzeczywistości wygląda prawdziwa walka o projekty... mam po prostu dość. Dalej lubię tak o sobie myśleć i mówić, i poniekąd zachowałem do tego prawo (udało mi się uniknąć normalnego etatu z pracą w biurze), ale jednak uczciwie trzeba powiedzieć: to już nie to, skoro na wszystkie propozycje projektów odpisuję "...mogę Państwu polecić zaprzyjaźnioną firmę..." nawet bez czytania specyfikacji.
Czy żałuję? Nie. Jest komfortowo, interesująco, stabilnie i miło:). Ale, jak pisałem wcześniej - do tematu niedługo wrócę.
Ech, znowu przynudziłem. No ale cóż, od tego mam swoją wirtualną gawrę, żeby w nią czasem nawet takie osobiste wynurzenia wlewać. Powoli jednak wracam na odpowiednie tory i już układam w głowie kolejne, bardziej interesujące i techniczne posty.
A gdyby jednak kogoś temat zainteresował, to poniżej bonus! Linki do dwóch dodatkowych tekstów, traktujących o tym samym:
http://fornalski.blox.pl/2011/01/Czemu-przestalem-byc-freelancerem-O-czekaniu-na.html
http://wyborcza.pl/1,99219,8908485,Czekam_na_przelew.html