Jak to już kilkukrotnie w tym miejscu w sieci bywało - ostatnio pojawiła się dość długotrwała przerwa w publikacji nowych postów. I to w jakże interesującym momencie: w samym środku cyklu o testach jednostkowych!
Powody przestojów były różne: a to masakryczny zapierdziel zawodowy, a to przeprowadzka z Warszawy do Białegostoku, a to wreszcie urządzanie własnego betonowego gniazda...
Tym razem powodem takiego a nie innego stanu rzeczy były przygotowania do Założenia Pierścienia Na Paluch Serdeczny, który to event nastąpił finalnie 10 września roku bieżącego. A potem dwa tygodnie wolnego... i od dziś z powrotem do komputera, do pracy. Tym samym muszę zasmucić wszystkie seksowne programistki, które przez lata mojej aktywności online dziesiątkami przysyłały mi niemoralne propozycje: this dev is spoken for.
I to by było na tyle z info dla szerszej braci. Dalej napiszę sobie coś w rodzaju zrzutu ślubnej pamięci, co może okazać się pożyteczne ludziom "przed" oraz mi za jakiś czas, gdy zapragnę do czasu owego sobie wewnętrznie na chwilę wrócić
Przygotowania
To, że ślub w końcu kiedyś nastąpi, niespodzianką dla nikogo nie było. Szlajaliśmy się razem z Joanną bez mała prawie 8 lat, w oficjalnym mieszkalnym konkubinacie trwając mniej więcej połowę tego czasu. W końcu pewnego majowego popołudnia pomyśleliśmy: no dobra, może już i czas? Jako, że mamy w zwyczaju odwlekać raczej decyzje niż działanie, to w ciągu 3 dni mieliśmy zaklepany termin, kościół, salę na wesele i zespół. Czyli - jak mi się wydawało jeszcze pół roku temu - wszystko.
To powyższe "wszystko" okazało się czubem góry lodowej. To, tak dla zabawy, skrócona lista TODO wyjęta z notatnika "ślub" w Evernote:
lokal, zespół, termin w kościele, obliczyć ile kasy potrzeba na jakim etapie, zaproszenia, transport gości (autokar), suknia, fotograf/kamerzysta, poradnia rodzinna, cukiernia, umówić kosmetyczkę, umówić fryzjera, nauki przedmałżeńskie, dokumenty z urzędu stanu cywilnego, zapowiedzi, wieczór kawalerski (nie), obrączki (zamówić, wymyślić grawer), alkohol (wódka, wino, piwo), wieczór panieński, nocleg dla gości spoza Bstoku, "oficjalne" spotkanie rodziców, dodatki do sukni, garnitur, przygotować samochód do ślubu, wiązanka, protokół przedmałżeński, porozwozić zaproszenia, spowiedź 1, potwierdzić listę gości, wybrać menu w lokalu, zaplanować dzień ślubu, zaprojektować winietki, nagrać CD z muzyką, wokalistka do kościoła, foto - plener, wybrać pierwszy taniec, usadzenie gości, ustalić trasę powrotną autobusu, przyozdobienie kościoła, spowiedź 2, wymienić dokumenty Joanny
Uparliśmy się, że w miarę możliwości chcemy wszystko zorganizować całkowicie sami, bez niczyjej pomocy, więc trochę załatwiania i jeżdżenia było. Ale 4 miesiące to sporo czasu, więc daliśmy radę... i wcale nie było jakoś BARDZO ciężko. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego przyjęło się, że ślub to impreza, na organizację której potrzeba półtora roku.
Na koniec paragrafu o przygotowaniach wklejam nasz projekt zaproszenia, bo... się nam udał:). Wierszyk wymyślałem 3 dni i jego odbiór wśród gości zdecydowanie ten trud wynagrodził:

Ślub
O samej ceremonii nie ma się co zbytnio rozpisywać. Wybrany przez nas niewielki kościółek okazał się miejscem takim, w jakim być chcieliśmy. Bez przepychu, bez mega-dekoracji... skromnie, ładnie i tyle. Dość urokliwy był fakt, że prowadzący mszę książę denerwował się chyba bardziej od nas.
Wesele
Tak naprawdę dopiero tutaj, po wyjeździe z kościoła, zaczęły się rzeczy warte opisania.
Zdecydowaliśmy się na zorganizowanie wesela w Majątku Howieny - posiadłości położonej w Pomigaczach, wiosce oddalonej o kilkanaście kilometrów od Białegostoku. Wiejski klimat, wiejska sala, chodzące wolno konie, osły, lamy (!), króliki i bocian:) - to był klimat, w którym zdecydowanie chcieliśmy pobawić się z Gośćmi. A że wszyscy znajomi będący wcześniej w tym miejscu zachwalali je strasznie - zaklepaliśmy tam termin bez wahania. I na pewno nie żałujemy. Pyszne żarcie, świetna obsługa, do tego cała sielankowo otoczka, ognisko... normalnie wypas. A Parę Młodą powitała przy wjeździe Para Koni z jeźdźcami w ludowych strojach - klimat jak się patrzy.
Wiadomo jednak, że sam lokal to nie wszystko i oprócz niego niesamowicie ważny jest też... wodzirej. Czy jak tą osobę nazwać. Wiedzieliśmy, że generalnie na weselach nam obojgu najmniej podoba się zwykle wszechobecny biesiadno-discopolowy klimat i u siebie chcieliśmy usłyszeć coś... innego. Udało nam się wskoczyć w wolny termin zespołu Whitestok (kiedyś Silvers) i była to chyba najlepsza podjęta przez nas decyzja dotycząca tego dnia. 6 osób live, z perkusją, gitarą, basem, klawiszami i dwoma wokalistkami - CZAD! A repertuar - po prostu prze-przeróżny. Goście (my zresztą też) byli wniebowzięci (nie przesadzam). Ten zespół to chyba najlepiej wydane pieniądze w kontekście całego ślubu. Jeśli organizujesz, Czytelniku, jakąś imprezę (niekoniecznie wesele) to zachęcam do odwiedzin ich strony i posłuchania próbnych kawałków oraz wbijania się w grafik:).
Oprócz wiejskiego klimatu i rockowego zespołu chcieliśmy jeszcze bardziej urozmaicić całą imprezę. Jednym z "oryginalnych" elementów była muzyka puszczana do pierwszego posiłku. Informatyczne (ale nie tylko) towarzystwo miało ciekawe miny, gdy kotlety wjeżdżały na stoły przy grającej w tle muzyczce z main menu Heroes III, poganianej przez OST ze Starcrafta, Diablo II, Star Wars i Battlestar Galactica. Fajny ukłon w stronę naszego zerojedynkowego pochodzenia.
Inny muzyczny ewenement rozpoczął się ok 2 w nocy, gdy na sali zostali najtwardsi zawodnicy, a kamerzysta i fotograf pojechali już do domu. Poprosiłem zespół o puszczenie przygotowanej przez nas płyty... i zaczął się szał. Nie byłem jeszcze na weselu, na którym można było poskakać do "Sweet Dreams" Mansona, "Enter Sandman" i "Master of Puppets" Metalliki czy "Killing in the Name of" Rage'ów. Całkowita miazga nastąpiła jednak w momencie, gdy gitarzysta i perkusista weszli na scenę i zaczęli na żywo grać te kawałki razem z płytą! Przygotować się nie mogli, bo płytę dostali dopiero na weselu, w umowie nic takiego nie było... po prostu grali nam dla własnej frajdy. A na parkiecie momentami - prawie pogo.
Potem, gdy już wszyscy się rozeszli i poszliśmy z Joanną na pożegnalną działeczkę z zespołem usłyszeliśmy, że to jedno z ich najlepszych wesel, że czuli się bardziej jak na koncercie niż na weselu i że trudno o tak dobre towarzystwo. No ba, się wie!
Po ślubie
Po ślubie... jest git. W sumie to niby nic się nie zmieniło, ale jest... fajniej.
Po całym zamieszaniu pojechaliśmy na 4 dni w samochodowy minirajd po Polsce: Góry Świętokrzyskie (Jaskinia Raj, Łysica, Łysa Góra, muzeum mojego Henryka Sienkiewicza, zamek Krzyżtopór) oraz Lublin (wieczorem starówka, a następnego dnia, na oryginalne zakończenie podróży poślubnej: niesamowicie ryjący psychę obóz koncentracyjny w Majdanku). Potem wyjazd ze znajomymi na działkę na hard reset... i oto trzeba wrócić do rzeczywistości.
Na szczęście nie szarej.
Na koniec ciekawostka: zgodnie z zawartą w zaproszeniu specyfikacją zamiast kwiatów Goście raczyli nas kuponami Lotto. Otrzymaliśmy w sumie 151 zakładów. Trafiliśmy 3 trójki. W ten sposób człowiek się jednak nie dorobi:).