Dwa czy trzy tygodnie temu przy jakiejś-tam okazji miałem okazję uczestniczyć w polskim Microsofcie w krótkim, 3-godzinnym szkoleniu o zarządzaniu czasem. Głównym tematem była metodyka (nie METODOLOGIA!!!) Getting Things Done. Skłoniło mnie to do dłuższych refleksji nad moją efektywnością, produktywnością, radzeniem sobie z zadaniami i... muszę powiedzieć, że trochę wsiąkłem.
Ale od początku...
Dawno dawno temu, dobre kilka lat wstecz, moje pojęcie o planach, organizowaniu swoich aktywności i zapatrywaniu się na wszelkie bliższe i dalsze cele wyglądało tak: "o, fajnie, ZROBIĘ!, a jak nie zrobię to będę megaciota!". Gdy nadchodził czas faktycznego wykonania jakiejkolwiek akcji w danym kierunku (czy to będzie uzyskanie certyfikatu, czy jakiś wyjazd, czy poznanie nowej technologii) pojawiała się brzydka myśl: "później". I tak to sobie trwało, niezrealizowane plany kłębiły się w głowie i mieszały z codziennymi obowiązkami. Efektów czegoś takiego było kilka:
- większość rzeczy nieobowiązkowych nigdy nie ruszyła nawet z miejsca
- o części rzeczy obowiązkowych zapominałem
- w momentach refleksji nad tym, gdzie jestem, gdzie chcę być i jakie mam na to szanse - wyrzuty sumienia i frustracja dawały o sobie znać
Co prawda i tak niemało rzeczy byłem w stanie zrealizować, ale na szczęście dość szybko doszedłem do bardzo logicznego wniosku: to nie działa i tak dalej być nie może.
Cała ta sytuacja miała miejsce jeszcze na studiach. Wtedy właśnie, zmęczony ciągłym uczuciem niedosytu, postanowiłem, że zawsze muszę mieć świadomie wybrany JEDEN główny cel, do którego dążę w ciągu danego roku. Rzeczy, które nie wydają mi się realne, będę odrzucał od razu i o nich zapominał.
Tak też zacząłem robić. I z perspektywy kilku lat muszę przyznać, że sprawdziło się to całkiem dobrze. Na pewno lepiej, niż gdybym takiego postanowienia nie podjął. Na początku postanowieniem (trwającym dłużej niż jeden rok, ale rozbitym na mniejsze, bardziej konkretne części, i mającym drastycznie fundamentalny wpływ na całe moje dalsze życie) było "po zakończeniu studiów mieć wyróżniające się w tłumie CV" - więc zacząłem zapierdzielać. Na rok 2007: po obronie mgr wyprowadzić się z Białegostoku do Warszawy i znaleźć fajną pracę. Rok 2008: znaleźć satysfakcjonującą pracę. Rok 2009: zostać freelancerem. Rok 2010: wrócić na stałe z Warszawy do Białegostoku. Rok 2011: ślub.
Jeden duży cel na rok (składającym się z wielu mniejszych, bo taki powrót z Wawy do Bstoku to m.in. kupno i urządzenie mieszkania), który albo zrealizuję, albo doprowadzi mnie do jakichś konkretnych wniosków na przyszłość (tak było z poszukiwaniem pracy i freelancingiem). Nad tym celem świadomie myślałem, spędzałem czas na realnym planowaniu, rozpisywaniu na mniejsze kroczki. Potrafiłem dedykować całe godziny na zastanawianie się nad czymś.
Taki proces sprawił, że żyło mi się lepiej w kontekście "egzystencja żywego organizmu w roli cywilizowanej ludzkiej istoty". Mniej więcej wiedziałem gdzie jestem, mniej więcej wiedziałem gdzie chcę być. Jednak nadal brakowało mi organizacji na trochę niższym poziomie. Wszystkie pierdoły w stylu "zapłacić czynsz", "zadzwonić do X w sprawie Y", "wybrać się na konferencję" - trzymałem w głowie. Ba, byłem nawet dumny z tego, że tak potrafię! Do czasu, gdy zaczęły się memory leaks.
A więc kolejna decyzja: potrzebuję kalendarza. Oj, ile się naszukałem... mając rozwiązanie cały czas pod nosem! Google Calendar okazał się najlepszym narzędziem, jakie udało mi się znaleźć. A próbowałem i jakichś małych desktopowych aplikacji, i Outlooka (a fu!), i innych internetowych organizerów. Tak więc wywaliłem ze swojej głowy wszystkie czynsze, wszystkie rachunki, i inne pierdoły. Było lżej.
Ale ale... skoro mogę tam trzymać takie rzeczy, to czemu nie mogę tam trzymać WSZYSTKIEGO? "Napisać posta na Fajny Temat" -> do kalendarza. "Zadzwonić do mechanika" -> do kalendarza. "Zacząć czytać książkę Na Którą Czekałem" -> do kalendarza. "Przeanalizować specyfikację projektu X i odesłać wycenę" -> do kalendarza.... I cool, kalendarz zapchany, teraz tylko to wykonać.
Na opisanym wyżej etapie byłem jeszcze kilkanaście dni temu. Nie było źle, ale... czułem, że na pewno można lepiej. Czy muszę się tak bardzo złościć na samego siebie, gdy przez 2 tygodnie przesuwam w kalendarzu na następny dzień pozycję "odnowić OC" (bo "dzisiaj mi się nie chce") aż nadchodzi dzień, w którym przesunięcie nie wchodzi w grę bo OC się po prostu kończy, a ja akurat bardzo nie mam na to czasu? Czy muszę się irytować, gdy moim jedynym wyjściem jest przerywanie pracy i jechanie w dzień do miasta specjalnie po to, żeby zawieźć do banku jakiś dokument (bo w kalendarzu "zawieźć dokumenty do Nordei" wpisane było w ostatni dzień przed egzekucją kary za opóźnienie... co nie ma znaczenia bo pewnie i tak bym przesunął) mimo tego, że w ostatnim tygodniu przejeżdżałem koło banku ze 3 razy ale nie miałem ze sobą papierów? I tak dalej...
A jaką satysfakcję dawało wreszcie oznaczenie czegoś jako WYKONANE! Na tyle dużą, że dodałem sobie specjalny kalendarz o nazwie DONE, skonfigurowałem dla niego szary kolor i zamiast zrobione zadania kasować - przerzucałem je tam. Ba, mało tego! Nawet jeśli zdarzyło mi się zrobić coś nieplanowanego, to nawet po fakcie dodawałem to do kalendarza, a później przerzucałem do DONE. Tak, wiem, debil...
I oto dochodzimy do dnia dzisiejszego. Okazało się, że można lepiej.
Po wspomnianym szkoleniu w MS powstała w głowie myśl: "a może by tak to wypróbować?". Akurat los spowodował, że od kilkunastu dni mam nieplanowany urlop... i postanowiłem poświęcić ten czas na "ostrzenie piły". Ale tym razem nie programistycznej, a życiowej. Zacząłem czytać w internecie, potem kupiłem książkę (ostrzegam przed polskim tłumaczeniem, bo jest po prostu żenujące.. ale większość da się zrozumieć), przeczytałem, przeanalizowałem i próbuję to wszystko ogarnąć i wdrożyć. A wnioski, spostrzeżenia, refleksje... następnym razem.