Jak przez mgłę widzę czyjąś twarz. Rusza ustami, chce mi coś przekazać. Początkowo dociera do mnie tylko głuchy bulgot, jakbyśmy byli pod wodą. Powoli jednak skrawki wypowiadanych słów w jakiś sposób trafiają do moich uszu. Im więcej rozumiem, tym głębszy mają sens. Chcę słuchać, jeszcze i jeszcze. Przeżywam moment olśnienia. Skąd on wie co mówić? Skąd zna odpowiedzi na wszystkie dręczące mnie pytania? Kto to jest? Zresztą, nieważne. Niech mówi, niech mówi... Niech nie przestaje...
Wzrok zdaje mi się wyostrzać. Rysy twarzy zaczynają wyglądać znajomo. Kto prawi takie mądrości? Kto potrafi w tak prosty sposób wytłumaczyć mi wszystkie skomplikowane zawiłości niedające mi spokoju od tylu dni?
Moment... Jak to możliwe? Przecież ja jestem tu - ja słucham. Skąd więc ja jestem również tam? Ja mówiący i ja słuchający... Dziwne...
Rozlega się przenikliwy dźwięk, zagłusza płynące słowa. Nie! Niech przestanie! Nieważne kto mówi, ja chcę dalej słuchać!
Ale nagle wszystko staje się jasne. Tak, ja jestem i tu i tam, w dwóch miejscach jednocześnie. A ten dźwięk to budzik. Damn. Nie ma magicznych odpowiedzi na moje problemy. Damn, nadal jestem w kropce. Damn, to tylko sen. Znowu.
Zwlekam się z wyra. Oczy mam ciągle zamknięte. Nic dziwnego, w końcu położyłem się niecałe trzy godziny temu, po raz któryś z kolei. Rozklejenie powiek to nie taka prosta sprawa, zostawię to na potem. Póki co doczłapię do kuchni i przygotuję kawę. Zimna posadzka działa pobudzająco na bose stopy - pierwsza oznaka powrotu do rzeczywistości. Po omacku włączam czajnik, wsypuję kawę do kubka, ciągle próbując przywołać z pamięci zdania usłyszane kilka minut temu od samego siebie. Przysiągłbym, że było to rozwiązanie problemu trzymającego mnie przy komputerze do tak późna! Oparty o szafkę staram się zmusić umysł do jakiejkolwiek aktywności, jednak ten odmawia współpracy. No cóż...
Czas płynie dziwnie: przecież sekundę temu włączyłem czajnik, a on już piszczy że woda się zagotowała. Może po prostu przysnąłem na stojąco?
Nieważne, dość mazgajenia, robota czeka. Zalewam kawę, wsypuję cukier, niech sobie stygnie. W międzyczasie macając ściany znajduję łazienkę, wślizguję się do wanny. Kieruję prysznic prosto na twarz, odkręcam zimną wodę. Durne oczy, nakazuję wam się otworzyć! Nic nie działa tak orzeźwiająco jak silny lodowaty strumień prosto w mordę. "Poranna bryza, incorporated". 5 minut i jestem jak nowy.
Po tak sprytnym zabiegu biorę przygotowaną wcześniej kawę i siadam do komputera. Jest jeszcze ciemno, więc trupi blask monitorów kłuje zmrużone oczy. Potrzebują kilku chwil adaptacji. Ciało trochę skrzypi, ale zaraz znajdzie odpowiednią pozycję. Krzesło i biurko to taka moja ślimacza muszla. Początkowo siedzenie tu przez następne kilkanaście godzin może wydawać się niemożliwe, ale to tylko złudzenie. Wszystko jest kwestią prawidłowego ułożenia całej machinerii na siedzisku. Da się. Musi się dać. Zawsze się daje.
Pierwsze minuty spędzam sącząc kawę i przeglądając techniczne RSSy i Twittera, żeby wszystko pod kopułą złapało odpowiedni kontekst, zaczęło funkcjonować na pożądanym poziomie. Sączenie kawy zakończyło się niestety niepowodzeniem - bawiąc się w ślepego kreta nieprzytomnie dosypałem soli zamiast cukru, pić się tego nie da. Trudno, potem dowalę końską dawkę pożywnej wysokooktanowej ludzkiej benzyny i też będzie git - te Tigery i Burny potrafią zdziałać cuda. Sól to jeszcze i tak pół biedy, kiedyś zdarzyło mi się nieświadomie włożyć do kawy 5 łyżek majonezu, a sam majonez wrzucić do kosza zamiast do lodówki. Więc dzisiaj nie jest jeszcze ze mną tak źle.
Dobra, dość zabawy. Jako-tako widzę, jako-tako myślę, zaraz się rozkręcę. Wirtualka z projektem już odpalona. Obroty trybów w głowie nabierają tempa z zadowalającym przyspieszeniem. Do devu... gotowi... start!!!
Odrywam się za kilka chwil, zerkam na zegarek. Hoho, czas leci, nie ma co! Ale to dobrze, znaczy że dużo dzisiaj zrobię. Jednak coś jest nie tak... w głowie dzieje się coś dziwnego... A, racja. Zapomniałem zjeść śniadania, a tu zaraz pora obiadowa. Sprint do kuchni, szybki rekonesans w lodówce. Bezapelacyjne zwycięstwo w konkurencji "kto wsadzi do ryja najwięcej żarcia w pozycji Dziecka Z Bangladeszu Pochylonego Nad Zlewem". I z powrotem do komputera. Nie ma czasu na zbytnie rozwlekanie całej procedury dostarczania organizmowi pokarmu. Festina lente my ass! W końcu chodzi tylko o efekt - żeby te wszystkie flaki kręciły się przez kolejne kilka godzin.
Czas płynie dalej, robota pali się w rękach. Pojawia się lekki szum w głowie i przed oczami. O co chodzi, przecież dopiero co jadłem?? Durne ciało, powinno działać jeszcze przez jakiś czas na tym co dostało! Spojrzenie na zegarek... hę?? Lost in code, yeah! Faktycznie pora dorzucić do pieca. Ale nie mogę przerwać w tej chwili, w połowie zadania. Nastawiam budzik, niech mi przypomni za 10 minut.
Budzik dzwoni, znowu. Ehh, spokoju nie daje! Ręka bezwiednie podąża w kierunku przycisku "SNOOZE", który powoduje przesunięcie budzika o 8 minut. Coś tu jednak nie gra... Gdzie podziały się ostatnie 4 godziny, od włączenia budzika? A niech to, musiałem wciskać tego snooze'a kilkadziesiąt razy nie zdając sobie z tego sprawy. Zaraz sklep zamkną, a w lodówce pusto!
Odpowiedzialnie zrywam się z krzesła i wybiegam z mieszkania. Uff... zdążyłem. Tylko czemu to babsko w sklepie tak się na mnie dziwnie gapi? A może mi się wydaje... bo wygląda na to że wszyscy się gapią. No o co chodzi, goły przecież nie jestem! Zresztą nieważne, co tam oni wiedzą... Półświadomie kupuję coś-tam coś-tam, nie ma większego znaczenia co. Tępo wpatruję się w kasjerkę wydającą resztę. No, kobieto, ruchy! Nie mam na to całego dnia! Wreszcie zostawiam ich samych. Niech się w swoim sosie duszą.
Wracam do domu. Operacja pasza->jama ustna->brzuch przebiega bardzo sprawnie, wracam do kompa. Co prawda obiecałem sobie, że dzisiaj skończę wcześniej, ale przecież nie zostawię wszystkiego ot tak. Zaczynam kodować...
Za jakiś czas się odrywam. Cholera, znowu to samo... 2:30 rano. Przeglądam kod napisany w ciągu ostatnich kilkudziesięciu minut i faktycznie, widać że jest taka pora a nie inna. Większość będzie do wyrzucenia i przepisania. Nie ma co dalej kozaczyć, nic już ze mnie dzisiaj nie będzie. Zajmę się tym jutro, teraz ledwo dam radę zwlec się z krzesła.
Siadam w fotelu, włączam telewizor, otwieram browar. Pójście do łóżka prosto od komputera nie sprawdza się - zbyt duży natłok myśli. Mimo całkowitego wyczerpania zaśnięcie jest praktycznie niemożliwe. Po zamknięciu oczu widzę tysiące linii kodu, dziesiątki diagramów, zupełnie jakbym od komputera wcale nie odchodził. Trzeba się przed snem trochę przygotować, trochę przytępić, trochę odfrunąć. Powtórki programów z polskimi politykami i zimne piwko nadają się do tego po prostu doskonale.
Mija kilka minut, otwieram oczy. Kurde, znowu zasnąłem na siedząco, znowu się oblałem browarem. Fu. Ale drogą indukcji matematycznej dochodzę do jasnej strony całej sytuacji: skoro zasnąłem teraz to zasnę i za pół minuty, jak walnę się na wyro, w swojej gawrze.
Podchodzę do łóżka, osuwam się na posłanie. Mam nadzieję, że naprawdę zasnę bez problemów, bo za trzy godziny pobudka. W końcu projekt nie napisze się sam.
Zasypiam jeszcze zanim głowa dotknie poduszki. Bezwładne, wygięte, storturowane zwłoki zbierające siły na kolejny dzień walki. I ktoś do mnie gada... Skąd ten ktoś wie nad czym pracuję? I skąd zna odpowiedzi na wszystkie moje pytania? Jakiś mędrzec. Mów, mów, dobry człowieku. Ja sobie poleżę, poodpoczywam, i posłucham. Mów...
Uff... no to się wyżyłem literacko na kolejne kilka miesięcy:).
Do powyższego tekstu można by dodać dopisek "don't try this at home". Wiadomo, przekoloryzowałem (jak to mam w zwyczaju). Wiadomo, nie żyje się tak przez cały czas. Wiadomo, nie każdego to spotyka... Ale jednak... Czy macie doświadczenia z przebywania w takim stanie? Kompletnego programistycznego amoku i wyczerpania absolutnego? Gdy ciało zdaje się być żałosną rozładowaną baterią słoneczną, ciągnącą jakieś marne resztki życia z blasku monitorów?
Ja na szczęście musiałem doprowadzać się do takiego stanu tylko dwa razy w życiu: na ostatnim roku studiów i półtora roku temu (kiedy to zresztą sam siebie określiłem demonem, procentd :)). W chwili obecnej również niejako zmuszony zostałem do pracy nad dwoma projektami jednocześnie, ale nie jest dzięki Opatrzności aż tak hardkorowo.
Może to zabrzmi głupio i nieodpowiedzialnie, ale... całkiem miło wspominam takie jazdy. To znaczy te fragmenty życia, które pamiętam. Wtedy da się odkryć w sobie prawdziwego programistę. Jeśli ktoś dopowie "chyba prawdziwego idiotę" to też nie będę się specjalnie spierał, bo doskonale wiem jak to działa na zdrowie... więc trzeba korzystać póki ono na to pozwala:). Mimo wszystko są dobre tego strony. Uczucie "bycia niezastąpionym". Wsadzanie brudnej szmaty nasączonej benzyną w usta sumienia szepczącego wcześniej "przestań marnować czas, przestań marnować czas, do roboty, do roboty, do roboty...".
Co motywuje was do takiego wysiłku? A może nie ma takiej rzeczy?