We wrześniu odpaliłem na blogu reklamy, informując o tym świat cały, wobec i wszem. W tymże poście obiecałem, że za jakiś czas dowiecie się jak mi idzie. Może jeżdżę już majbachem? Może mam willę "Bobrowa Dolina" oklejoną gołymi babami trzymającymi tabliczki "advertising rulzzz"? A może rzuciłem robotę, bo nie miałem już gdzie upychać kasy, a przy komputerze siedzę tylko dlatego że w innej pozycji plecy czują się zdezorientowane?
Bez dalszego budowania napięcia (byliście pewni że tak jest, nie?) ostudzę atmosferę: nic te reklamy w moim życiu nie zmieniły. Serio - NIC. Bo nie zarobiłem na nich ani grosza:).
Jak kształtowały się zatem zyski, osiągając po prawie pół roku oszałamiający poziom 17 euro (napisałem wyżej że nic nie zarobiłem, bo trzeba mieć nastukane chyba ~80 żeby cokolwiek wypłacić)? Najlepiej było w dzień ogłoszenia uruchomienia reklam. Ta doba zaowocowała przyrostem ponad 5€ - sporo osób z życzliwością przyjęło moje ogłoszenie parafialne i kliknęło w sponsorowane linki. Dzięki:).
Potem szło już raczej poniżej jakichkolwiek oczekiwań, żeby wulgarnie nie napisać - jak dziwce w deszcz. Koniec końców "klikalność" (CTR - clickthrough rate) ustaliła się na wartości 0,20%. A cała droga "od zera do zera" przedstawiona jest na poniższym obrazku (od 1 września do teraz):

W tym czasie intensywność mojego blogowania była bardzo różna, jednak nawet w listopadzie (gdzie pojawiło się 14 postów, czyli notka prawie co drugi dzień) nie wystąpił zauważalny skok. Statystyki odwiedzin przez przestoje trochę spadły w stosunku do pierwszej połowy roku, jednak i tak było całkiem nieźle (konkretne liczby wkleiłem w podsumowaniu roku).
Tak więc od kilku dni reklam już nie ma. A sio.
P.S. Prawie 50% odwiedzin z tego okresu wygenerował Firefox, z czego większość pewnie zabezpieczona jest adblockiem przed takimi sztuczkami.
P.S. 2 Magiczna kwota, o której pisałem we wrześniowej notce, a która spowodowałaby pozostanie reklam na zawsze to 500zł miesięcznie. Jednak jak widać, bez pracy naprawdę nie ma kołaczy:).