W sali szkoleniowej siedzi kilka osób. Otwierają się drzwi. Wchodzi koleś. "Dzień dobry. Nazywam się tak i tak. Jestem MCT, jestem MCP, jestem MCPD, jestem AA, PKP i NBP. Będę was nauczał. Takie bowiem otrzymałem przykazanie. Tutaj macie książki, przed wami stoją laptopy z materiałami, na ścianie wyświetlają się slajdy. Ja mówię, wy słuchacie. Wszystko jasne? Dobrze. Miejmy to już wreszcie za sobą...".
Po chwili niezręcznej ciszy zaczyna się SZKOLENIE. A raczej "szkolenie" (zamiast apostrofów wstawiłbym ten hamerykański gest palcyma oznaczający ironię, ale nie posiadam takowego w formie graficznej). Slajd za slajdem, godzina za godziną. Dzień za dniem. Monotonne czytanie tekstu z ekranu. Ludzie zanudzeni na śmierć. Trener zanudzony na śmierć. Czas płynie wolno jak błoto wymieszane ze strupami przez wąską słomkę. Każdy tylko czeka aż ta tortura dobiegnie końca.
A miało być tak pięknie! Miało się spotkać kilka osób i eksplorować nowe, potencjalnie pasjonujące obszary technologii! Czerpać wiedzę i doświadczenie wprost z najlepszego możliwego źródła - czyli od człowieka, który zęby na tym zjadł.
Ktoś postanawia, że może jednak nie wszystko stracone. W końcu przylazł tu, aby się czegoś dowiedzieć. Zaczyna się udzielać i zadawać pytania. Niestety, kubeł zimnej wody z odpowiedziami "potem...", "nie wiem...", "tego akurat nie używałem..." zabija wszelką inicjatywę. Nasz śmiałek daje spokój i czeka wraz z resztą męczenników do godziny X. Czeka jak na dzwonek sygnalizujący koniec znienawidzonej lekcji w podstawówce. Czyż to nie smutne??
Czy ktoś z Was zna takie dni? Uczestniczył w tej makabrycznej parodii, szyderczo drwiącej ze wszystkich zaangażowanych?
Ja sam byłem na trzech programistycznych szkoleniach w życiu. Jedno było dobre. Dwa - żałośnie żałosne. Ale z tego co słyszałem, satysfakcja na poziomie 33% to wynik naprawdę niesamowicie wręcz zadowalający.
W ostatnich tygodniach firma szarpnęła się i wysłała moją Joannę najpierw na "zaawansowany kurs SQL Server", a potem "WPF dla początkujących". I opowieści powodują po prostu jeżenie się włosa i na głowie, i na łydkach (moich, nie jej). Prowadzący byli chyba wzięci z castingu do Klanu. Poziom języka angielskiego - żenujący. Poziom wiedzy z zakresu kursu - niski. Odpowiedzi na pytania słuchaczy - nieprawidłowe bądź ich brak. Stosunek do "publiczności" - olewczy lub próbujący przykryć braki we własnej wiedzy, co jest chyba równie zawstydzające dla obu stron, bo i tak każdy widzi jak jest. Przydatność materiału w praktyce - prawie zerowa. Nawet średnio rozgarnięty programista dużo więcej nauczyłby się w tym czasie sam, mając do dyspozycji tylko spokój i internet.
Wspomnienia ze słabych szkoleń w których sam uczestniczyłem nie są wiele lepsze.
Kiedyś, jak pracowałem jeszcze na etacie, jedna z firm miała politykę regularnego wysyłania pracowników na takie szkolenia w ramach "rozwoju". Ja pracowałem wtedy zbyt krótko, więc mnie to nie dotknęło. Rozmawiałem jednak z innymi osobami, które na takie szkolenie (a właściwie dwa szkolenia) poszły:
- Jak było?
- Fajnie. Strasznie nudno, prawie całe szkolenie przespałem.
- To co było fajnego?
- Nie musiałem iść do pracy. No... i był zajebisty obiad.
Śmiać się czy płakać?
Dlaczego tak się dzieje? Strumień dziengów płynie przecież, ho ho, całkiem wartko! Niech taka firma zapłaci za trzydniowe szkolenie jednego pracownika 2tys zł, co jest chyba tą niższą granicą. Niech do tego dołoży jego trzydniową pensję. I koszt pracy, która w tym czasie nie zostanie wykonana. Wychodzi całkiem niezła inwestycja, która... no właśnie, która co? Czy się zwróci? Jest to raczej wątpliwe.
Ja, po dobrych kilku chwilach głębszej refleksji, widzę to tak:
Pracodawca inwestuje niemałe pieniądze w takie masakrycznie gówniane pseudo-szkolenia, żeby móc mówić o sobie: "dbamy o rozwój pracowników". I z czystym sumieniem zaszyć wary tych, którzy chcą robić coś więcej niż tylko bezmyślnie klepać kolejne linijki spagetti. "Byłeś na szkoleniu? Rozwinąłeś się? To teraz siad i ani mruknij.". Więc: firma jest zadowolona.
Ośrodek szkoleniowy zatrudnia trenera i wysyła go do salki. Niech się dzieje co chce. Byle w kasie się zgadzało, w końcu gdzieś ludzie muszą się szkolić, a wszędzie jest tak samo. Więc tak czy siak będą następni chętni.
Trener nie musi się stresować. Dla większości obecnych nie jest to pierwsze szkolenie, więc wiedzą czego się spodziewać - z reguły niczego (poza "zajebistym żarciem"). Sam wie jak to wygląda, bo przecież też w szkoleniach uczestniczył. Postoi, poczyta i pójdzie do domu. A że ma odpowiednie papiery, to i tak szkolić będzie dalej, choćby nie wiadomo co.
Programista nie musi iść do pracy - więc plus. Nażre się za darmo pod korek - drugi plus. Dostanie certyfikat do wpisania w CV - trzeci plus. Chciałoby się powiedzieć: trzy plusy i w mordę.
Wszyscy zadowoleni. Czego się więc czepiam?
Tego, skąd wziął się tytuł posta. Takie szkolenia SSĄ, w dwójnasób. Ssą kasę i sux ass. I UCISZAJĄ, też w dwójnasób: sumienie firm i usta programistów.
A wcale nie musi tak być!
Pracodawco! Weź tą kasę i zainwestuj w coś bardziej wartościowego. Kup pracownikom po drugim monitorze albo wymień krzesła - będą to lepiej wydane pieniądze. Ale to nie wszystko co tracisz na takich szkoleniach: bo przecież trzeba jeszcze jakoś zagospodarować zmarnowane kilka dni każdego z programistów. Wiesz co zrób? Daj im wszystkim każdy pierwszy piątek miesiąca wolny... ale nie wolny od przyjścia do pracy. Wolny od "zadań bieżących". Niech mają jeden dzień w miesiącu żeby zebrać się w kupie i wspólnie poeksperymentować z nowymi technologiami na własną rękę. Na nowych krzesłach, z nowymi monitorami. KAŻDY będzie bardziej zadowolony, a i praktycznego pożytku będzie więcej.
Jest też alternatywna droga: zamiast płacić [koszt szkolenia]*[liczba pracowników] jakiemuś ośrodkowi, wynajdź sobie prawdziwego specjalistę w odpowiedniej dziedzinie i wynajmij go na konsulting. Albo wewnętrzne, autorskie szkolenie. Poziom z pewnością będzie nieporównywalny.
Trenerze! Miej litość... Przygotuj się solidnie do szkolenia. Odpowiedz sobie na najważniejsze pytanie: czy TY chciałbyś uczestniczyć w prowadzonym przez siebie szkoleniu? Nie okradaj tych ludzi z czasu, a ich pracodawców z pieniędzy. Nie masz praktycznego doświadczenia z daną technologią? Umiesz tylko tyle ile wyczytałeś w materiałach otrzymanych z MS? To daj sobie święty spokój. Żeby SZKOLIĆ, trzeba UMIEĆ. To nie konkurs na lektora w TV Trwam.
Wreszcie Programisto! Upominaj się o swoje. Nie zadowalaj się obiadem. Ciągnij z tego szkolenia ile się da. Ktoś w ciebie inwestuje ciężkie pieniądze, których ty nie musisz wyciągać z własnej kieszeni. Więc skorzystaj z okazji! Zadawaj pytania, drąż tematy, wymyślaj problemy, nie dawaj się zbyć byle czym. Ten koleś przy biurku jest tam dla ciebie i jego psim obowiązkiem jest nauczyć cię czegoś nowego, co wykorzystasz w codziennej pracy! Za to bierze kasę, a nie za sam fakt łaskawego pojawienia się w sali, to nie Lady Zgaga. Nalegaj, żeby pominąć tak zwane "laboratoria", gdzie ty przez godzinę czytasz instrukcje przeciągania kontrolek z toolbara na designer, pisane jak dla dzieci z przedszkola Pod Wesołą Beczką, a on sobie w tym czasie ogląda gołe baby w necie. Co za arcygrzeszna strata czasu!
A jeśli to nic nie da - to zmiażdż go w ankiecie końcowej. Po prostu, najzwyczajniej w świecie, oceń wiedzę którą wyniosłeś z sali. Jeśli jest jej minimalna ilość, to ocena także powinna być minimalna. Nie krępuj się, nie czaj, nie miej skrupułów. Może gdyby takie wypadki były skutecznie, konsekwentnie piętnowane, to faktycznie byłyby tylko wypadkami a nie regułą?
Zdarzyło mi się już w przeszłości narzekać na konferencje: "Konferencje dla programistów... czy to się opłaca?". Teraz szkolenia. Czy to ja jestem takim malkontentem i nic mi się nie podoba? Czy mam za wysokie wymagania? Czy może faktycznie jest po prostu... źle? Co o tym sądzicie? Uczestniczycie w szkoleniach? Jakie macie o nich opinie - warte są czasu i pieniędzy?
Na koniec kilka słów do trenerów: zdaję sobie sprawę, że dość mocno generalizuję. Pewnie gdybym był trenerem i przeczytał coś takiego, to poczułbym się urażony. Jednak hold your horses: doskonale wiem, że są wśród Was prawdziwi pasjonaci, którzy autentycznie potrafią poprowadzić szkolenie tak, jak powinno ono wyglądać. Ale chyba wiecie i Wy jak wygląda rzeczywistość.
I jeszcze korzystając z okazji wtrącenie - krótka reklama. "Negatywnych" ośrodków i trenerów tutaj nie zdemaskuję (chociaż gdybym uczestniczył w szkoleniach razem z Joanną to pewnie z irytacji bym tak zrobił), ale pozytywne mogę jak najbardziej wspomnieć. Otóż jedyne szkolenie które spełniło moje oczekiwania dotyczyło MOSS 2007 i prowadzone było przez Bartka Kieruna. Piszę o tym również dlatego, że Bartek właśnie dzisiaj prowadzi na CodeGuru spotkanie online o IronPython. Polecam i zapraszam:).