Właśnie wróciłem z trzeciego w swojej karierze fana koncertu Julii Marcell. O poprzednich pisałem tu i tu.
Z ostatnich 60 godzin tylko 6 dane mi było przeznaczyć na największe marnotrawstwo czasu wymyślone przez naturę, czyli sen. Niestety nie mam więc siły na literackie wygibasy. Tym razem zatem krótko i treściwie:
- koncert miał miejsce w Skwerze - filii Centrum Artystycznego Fabryki Trzciny; bardzo przyjemne miejsce z klimatem odpowiednim dla omawianego wydarzenia
- wrażenie ogólne - niesamowita satysfakcja (jak zwykle zresztą:) ); zaciągnąłem ze sobą 5 osób i wszystkim się bardzo podobało
- pierwszy raz widziałem Julię solo, bez zespołu - trochę inny odbiór, ale nie potrafiłbym tego ocenić w kategoriach "gorzej/lepiej"; wyczuwało się jeszcze silniejszą niż zwykle więź Julia-publika
- jak już przy kontakcie z publicznością jestem, to Julia czuje się na scenie jak ryba w wodzie; czy to efekt artystycznych szlifów zbieranych na koncertach granych na całym świecie? Niby to tylko niepozorne pogadanki, niby to tylko skromne zagajenia, ale po niedługim czasie ogromna większość widowni tupała i klaskała robiąc za sekcję rytmiczną uzupełniającą syntezator obsługiwany przez Artystkę; ja jako stary antyspołeczny autystyk nie dałem się aż tak ponieść, ale zdecydowanie bardzo miło przebywało się w takiej atmosferze
- publiczność - zewsząd wyczuwało się sympatię dla Julii; nie było tu klimatu "wyjdź, zaśpiewaj, ENTERTAIN US i spadaj, dziecko, za zasłonę"; słychać było, że ogromna większość obecnych doskonale znała cały repertuar; prawie wszyscy byliśmy tam, aby oglądać konkretnie ją, a nie tylko posłuchać pojedynczych utworów i wrócić do domu zapominając o całej sprawie; w powietrzu unosiła się niemal namacalna atmosfera spotkania dobrych znajomych, podczas którego koleżanka prezentuje paczce kumpli swoje umiejętności... nie potrafię tego dokładnie opisać, ale na koncercie żadnego innego artysty nigdy czegoś takiego nie odczułem, a u Julii jest tak za każdym razem
- otrzymaliśmy nową perspektywę spojrzenia na bardzo rzewny i poruszający utwór "Twin Heart" z EPki Storm... od dziś będę w nim słyszał więcej Safri Duo, ATB czy innego śmiecia niż Julii Marcell, ale trudno - jak widać na koncercie nie zabrakło niespodzianek:)
- nie doczekałem się niestety swojego ulubionego, poruszającego "Fear Of Flying"... a szkoda, bo ten kawałek z pewnością niesamowicie musiałby zabrzmieć wykonywany solo; może następnym razem?:)
- nie doczekałem się też "Jack The Ripoff", który od półtora roku gości w mojej komórce jako budzik i co rano zrywa mnie z wyra, ale nie można mieć wszystkiego :)
Dodatkowo hit: Julia przedstawiła nam dwa nowe utwory... Jakbym miał określić je jednym słowem, to brzmiałoby ono "wyś-mie-ni-te" (ho, nawet w takim stanie sylabować umiem!). Kolejny album zapowiada się wprost nie-sa-mo-wi-cie (znowu!), nie mogę się doczekać! Aż dziwnie mi to pisać, ale te dwie nowe piosenki wydają mi się lepsze niż większość aktualnego repertuaru Julii. Co, jak można wywnioskować po moich żywiołowych relacjach, wcale nie jest proste. I ogromnie cieszy.
Cóż... mam nadzieję na kolejne koncerty, postaram sie nie opuścić żadnego granego w mojej okolicy. Drogi Czytelniku, posłuchaj mojej rady i także skorzystaj z okazji, jeśli się taka nadarzy. A w najbliższym czasie, jak widać na stronie, odbędą się w Polsce jeszcze trzy występy.
Krótka refleksja na koniec: jeśli porównać Julię z megagwiazdami polskiego showbiznesu, pseudo-celebrytami sławnymi dlatego, że są sławni, albo dlatego, że dali w mordę paparacciemu, albo dlatego, że zarzygali sąsiadowi ogródek, albo dlatego, że mają 70 torebek, albo dlatego, że ich cycki ważą więcej niż reszta ciała, to po prostu nie wiadomo w którą stronę oczy odwrócić z zażenowania. Żal, bo "prawdziwe" gwiazdy dla motłochu są takie a nie inne. Radość, bo nawet w naszym smutnym kraju znajdzie się alternatywa dla całego tego towarzystwa wzajemnej adoracji.
Zaczynam pleść bez sensu, więc lepiej tutaj odstawię klawiaturę zanim się zupełnie zaplączę i pójdę zmarnować trochę cennego czasu podładowując bateryjki. Dobranoc:).