Po dość długim okresie ignorowania zjawiska zwanego Twitterem postanowiłem sprawdzić o co w tym chodzi i z czym to się je. Czy miliony użytkowników, w tym ogromna większość szanowanych przeze mnie specjalistów, mogą się mylić? Okaże się.
Wiem jedno: nie pozwolę, aby zostawianie za sobą tych małych wirtualnych kupek zwanych potocznie tweetami stało się moim nałogiem, żeby nie powiedzieć wprost... pierdolcem. Bo jak inaczej określić takie zachowanie?:
Na konferencję przyjeżdża prelegent z USA. Zgodziłem się robić po konferencji za szofera i zawieźć go na dworzec z samego rana. Pociąg odjeżdża o 7. Na kupionym wcześniej bilecie (nie wiem w sumie dlaczego) widnieje godzina 10. Na dworcu jesteśmy jedynie 10 minut przed czasem, a trzeba jeszcze wymienić w kasie bilet i znaleźć odpowiedni peron. Prawdopodobieństwo zdążenia z każdą sekundą maleje. Pędzimy z walizami do kasy, nagle mój podopieczny staje w miejscu i wyciąga komórkę. "Co robisz?" - pytam. "Tweetuję, że jestem w Polsce na dworcu i zaraz mam pociąg" - odpowiada.
Bez dalszego komentarza.
Jeśli okaże się również, że pochłania to zbyt wiele mojej uwagi - natychmiast się wypisuję. Ale póki co zapraszam, może wyjdzie z tego coś fajnego: follow me on Twitter :).