2
Jun

Niewolnictwo w IT

Niedawno Paweł zadał na dotnetowej grupie FB pytanie: w jakiego typu firmie chciałbyś pracować jako programista? Link: https://www.facebook.com/groups/net.developers.poland/permalink/289388431242519/.

Sama ankieta jak i jej wyniki są w kontekście tego posta nieważne.

Pod pytaniem pojawiła się jednak dyskusja. Widzę, że bez logowania do fejsa nie można tego linka podejrzeć, więc wszelkie tożsamości pozostawię tajne łamane przez poufne. Początkową wypowiedź jednak zacytuję:

Gdyby nie było generacji strachu na rynku to ludzie woleliby startupy moim zdaniem bo każdy woli pracować na swoim ale niestety strach rodzi niewolnictwo i to dobrowolne, duża kasa, presja a potem wywalenie połowy pensji aby odreagować a po czterdziestce spada produktywność.

Dyskusja trwała sobie dalej przez kilka komentarzy, ale swoją opinię wyrażę także tutaj.

Autorka tego zdania sugeruje, że:

  • ludzie nie robią “na swoim”, nie zakładają startupów ze względu na strach
  • pracowanie dla kogoś innego to przymus cywilizacyjny (?)
  • pracowanie dla kogoś to współczesna forma niewolnictwa

Kategorycznie nie zgadzam się z żadnym z tych punktów.

Na początek: słowo “niewolnictwo” zupełnie mi tutaj nie pasuje. Sam fakt, że mogę sobie wybrać jak pracuję, wyklucza jakiekolwiek niewolnictwo. Jeśli nie podoba mi się praca u kogoś to idę gdzieś indziej. Jeśli i tam mi się nie podoba, to idę jeszcze gdzieś indziej. A jeżeli i tam jest źle to… co mnie powstrzymuje przed założeniem czegoś własnego? Strach, z którego generacji niby się wywodzę? Czy rynek mi nie pozwala? Nie! Tak naprawdę to wiecie co nie pozwala mi “pójść na swoje”?

Nic. Nic mnie nie blokuje, nikt mi nie zabrania. Mogę zrzucić te metaforyczne kajdany i zrobić ze sobą co mi się żywnie podoba. Powiem więcej: dokładnie tak kilka (5!) lat temu zrobiłem! O czym poinformowałem świat cały ni mniej ni więcej tylko na niniejszym właśnie blogu w romantycznie zatytułowanym poście “Freelancing“. In ya face!

A co dalej? Dalej było bardzo fajnie przez długi czas. Aż do kolejnego posta, napisanego dwa i pół roku później: “Freelancing i okrutna rzeczywistość. Koniec devDream?“. Po różnych perypetiach utrzymałem własną działalność, bo tak wolę. Ale już nie staram się o klientów, nie robię dużych zleceń “na boku”. Można by rzec: wróciłem na galerę czy też do kopalni, gdzie moje miejsce, i dałem się zniewolić po raz kolejny. Tylko nie tak bezmyślnie jak bezpośrednio po studiach, co mnie w stronę “robienia na swoim” pchnęło na samym początku.

Jak wyglądało moje życie jako freelancer? Nie było źle, było wręcz bardzo dobrze. Pewnie dlatego, że nie był to typowy freelancing gdzie mam co i rusz nowy projekt, tylko głównie utrzymywałem się z jednego stałego zlecenia, ale i tak lubiłem robić więcej niż jedną rzecz naraz. Musiałem być dostępny średnio 20h na dobę. Musiałem czytać – za darmo – dziesiątki beznadziejnie skleconych analiz i pomysłów, z których z reguły nic nie wychodziło. Musiałem użerać się z klientami, którzy wychodzili z założenia że z pierwotnej umowy liczy się tylko termin i wynagrodzenie, a zakresem projektu można sobie dowolnie manipulować. Musiałem marnować czas na maile i rozmowy na temat projektów, których budżet – jak się okazywało na końcu – był niższy niż moje ówczesne tygodniowe zarobki, a roboty było co niemiara. Musiałem ostro kalkulować planując urlop, bo bardzo często koszty jakiegokolwiek wyjazdu były niższe niż brak wpływów z projektów przez X czasu. Że o wszelkich “wolnych” świętach nie wspomnę. Albo o chorobie, podczas której ZUS wypłaca chyba coś ok 300zł miesięcznie (pewny nie jestem, na szczęście nie przyszło mi tego testować).

Nie zrozumcie mnie źle – ja to wszystko lubiłem. Mogłem to robić, chciałem to robić, więc to robiłem.

Ale już nie robię. Bo nie chcę, a nie bo “nie mogę”. Teraz siadam do komputera ok 7:30, a pracę zaczynam ok 8:00. Prawie zawsze pracę kończę o 14:30. Do kolejnej 8:00 mogę nawet komputera nie włączać. Laptopa nie musiałem kupować – wybrałem ja, a kupiła mi firma. Wielki monitor – też. Drugi – mniejszy – też. (zresztą zobaczcie sobie tutaj: http://www.maciejaniserowicz.com/2013/09/16/xnoteclevo-p150em-dell-27-u2713hm-i-wciete-biurko/). Jeśli potrzebuję jakiegoś oprogramowania – to też je mam.

A te niecałe 7h spędzone w pracy to też nie jest klepanie gówna które mnie do wymiotów doprowadza – robię coś, co naprawdę mi się podoba. Jest różnorodnie, jest wymagająco. Mam wszystko to, co najbardziej podobało mi się we freelancingu, bez wszystkiego tego, co mi się nie podobało. Właśnie niedawno minął rok mojej pracy w aktualnej firmie (Ultrico) i jest mi tak dobrze jak jeszcze nie było. Niewolnik? Phi! Niewolnicy daliby się pokroić za coś takiego!

A że nie mam własnego startupu? Produktu? Nie dlatego, że się boję. I nie dlatego, że nie mam pomysłów. Tylko dlatego, że nie chcę. Dlatego, że znam bardzo mało udanych startupów i bardzo dużo nieudanych. Jeden startup sam własnoręcznie zaimplementowałem, tyle że za cudze pieniądze – i nawet te pieniądze, nie licząc marketingu i czasu zmarnowanego na szukanie klientów – się raczej w ciągu ostatnich lat właścicielowi nie zwróciły. A pomysł i wykonanie miały ręce i nogi. Propozycji “dołączenia” do innych startupów (“masz trochę kasy i trochę udziałów a jak wypali to będziemy żyć jak królowie!”) dostałem przez minione lata bardzo wiele. Kilka z nich zrecenzowałem, pomogłem w ustaleniu pewnych technicznych kwestii, ale nie zgodziłem się ani razu. Żaden nie odniósł nie tylko sukcesu, ale mało który w ogóle dotarł do końca.

Nakraść pieniądze z Unii i “spróbować zrobić coś genialnego” (stronę o kotach?) ? Jak ktoś chce to niech próbuje. Bo NIE JEST niewolnikiem. Bo MOŻE. Chociaż takich unijnych startupowców-darmozjadów to ja osobiście bym batogiem wysmagał.

A jeżeli ktoś pracuje “nie dla siebie” i faktycznie czuje się niewolnikiem to odeślę do (podrzuconego zresztą przez jednego z uczestników fejsbukowej dyskusji) posta: “Nie wiedź fałszywego żywota poświęconego pracodawcy swemu“.

Howgh, rzekłem, ulżyło. Róbta co chceta, po prostu, ale najpierw pomyślta. I nie wyciągajta wniosków rozlewających się na całą grupę ludzi na podstawie własnych, najwidoczniej krzywych, doświadczeń, dorabiając dziwną ideologię do czyichś świadomych decyzji. To jest akceptowalne w sferze artystycznej (vide Nine Inch Nails), ale nie przeginajmy…

A co Wy sądzicie na ten temat? Nie macie startupów (jeśli nie macie) dlatego że się boicie? Pracujecie tam gdzie pracujecie bo musicie? Czujecie jakieś zewnętrzne ograniczenia w podejmowaniu decyzji?

Autor

Maciej Aniserowicz

Maciej Aniserowicz
"Procent"
developer / architect

MVP
MCP

Search
Facebook
Twitter
Archiwum
Kategorie
© Copyright 2008-2014 Maciej Aniserowicz. All rights reserved. Running on WordPress.