29
Apr

Relacja z CraftConf 2014

Jak można zauważyć, na blogu ostatnio głównie relacje z różnych eventów. Jest to spowodowane dwoma czynnikami. Czynnik pierwszy – eventów owych jakoś się dużo zrobiło, więc i na pisanie o czym innym czasu trochę brak. A czynnik drugi jest mocno “inny”, ale o nim i tutaj pewnie niebawem. Póki co – do rzeczy.

W niedzielę wieczorem wróciliśmy (w sensie ja i ma Joanna) z Budapesztu z konferencji CraftConf. Oj, działo się w tym Budapeszcie, działo… W sumie spędziliśmy tam 4 noce – od środy do niedzieli. W środę załapaliśmy się właściwie tylko na imprezę, czwartek i piątek to konferencja, sobota – zwiedzanie, a niedziela: powrót. Po kolei.

Prezentacje – Day 1

Organizatorzy przygotowali dla nas zaiste imponujący wachlarz nazwisk z ciekawymi tematami. Wszystko szło sobie jednocześnie trzema ścieżkami. Ja widziałem niecałą 1/3 prezentacji, a wszystkie (albo prawie wszystkie) można już obejrzeć na stronie imprezy.

Gojko Adzic “How I Learned to Stop Worrying and Love Flexible Scope”

To pierwsza z sesji, na której się pojawiłem. Wcześniej występy Gojko znałem tylko z internetów i prawie każdy mi się podobał. Nie inaczej było i tym razem. Bardzo żywiołowa gestykulacja, charakterystyczny akcent, ciekawy temat: to wszystko złożyło się na udany początek CraftConf. Gojko dzielił się doświadczeniami na temat “flexible scope” projektu – czyli dlaczego ważne jest, aby nie zakładać wykonania systemu w 100%, tylko nadawać każdemu ficzerowi priorytety i wydawać po kolei po prostu te najważniejsze. Co istotne – zachęcał do usuwania/kasowania tych, które nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Bardzo wbijająca się pamięć była historia okrętu Vasa, do poczytania na Wikipedii. Polecam obejrzenie prezentacji online.

Máté Nádasdi “It’s never too late to fight your legacy!”

Miało być ciekawie, a skończyło się bardzo średnio. Koleś wyszedł i opowiadał jak to przez długi czas budowali swój produkt (Ustream) podążając za złymi praktykami, a potem refaktorowali wszystko aby znaleźć się w miejscu, gdzie kod ma sens i da się z nim pracować. Pewnie można według podobnego schematu poprowadzić coś interesującego, ale tym razem się nie udało. Co mi po jakimś diagramie pokazującym, że w jakimś tam projekcie można podmieniać źródła danych? Albo że w tym samym projekcie komunikacja może odbywać się albo po web sockets albo inaczej? Nic. Jedyna wartościowa zawartość to ewentualnie lista wykorzystanych narzędzi, ale tą można pewnie wyguglać w kilka minut. No ale nic, została nauczka na przyszłość: prezentacje sponsorów lepiej omijać z daleka. Niestety nie mogłem wyjść w trakcie bo siedziałem w trzecim rzędzie i głupio było tak się ewakuować. Nie ma sensu oglądać, strata czasu.

Eric Evans “Acknowledging CAP at the Root – in the Domain Model”

Na ten występ czekałem najbardziej. W końcu Evans to pół-bóg. Niebieską Księgę przeczytałem, dała mi sporo do myślenia. Co prawda DDD nigdy w pełni nie zastosowałem (i pewnie nie zastosuję), ale nikt chyba nie będzie się spierał ze stwierdzeniem, że koleś miał ogromny wpływ na to jak dziś myślimy o procesie wytwarzania oprogramowania.

Nigdy nie widziałem Erica ani na żywo ani w internecie (żeby nie napisać: na nieżywo), więc czułem autentyczne podekscytowanie, gdy legenda zaczęła mówić.

Podekscytowanie niestety w ciągu dosłownie kilku minut przeistoczyło się w oczekiwanie na koniec. Siedziałem w tym samym miejscu z samego przodu co na sesji poprzedniej, więc i tym razem wyjść na kawę nie mogłem. Naprawdę bardzo się starałem żeby wynieść z tego wykładu jak najwięcej, ale nie wyniosłem absolutnie nic. Nie wiem do kogo on był kierowany: do całkowicie początkujących z DDD (którzy wątpię aby coś zrozumieli), do zaawansowanych z DDD (którzy wszystko już pewnie wiedzieli) czy też do ludzi odpowiedzialnych za załadunek statków (bo omawiana domena to oczywiście “cargo”). Prawdopodobnie moje oczekiwania były złe, prawdopodobnie przesadzam, być może jeśli bym to obejrzał jeszcze raz to bym zmienił choć trochę zdanie, ale… pisarz niech pisze, a nie mówi. Czułem się jak na nudnej lekcji, albo nawet lepiej: na nudnej mszy. Albo jednym z najgorszych wykładów na uczelni. Zero emocji, zero zaangażowania. Może gdyby mówił to inaczej to nie zerkałbym ciągle na zegarek czekając na koniec i puszczając pełne niezadowolenia tweety.

Wiem, że sporo osób podzieliło moje zdanie. Wiem też jednak, że innym się z kolei podobało. Dlatego też najprawdopodobniej to jednak ze mną było coś nie tak. Może po prostu najzwyczajniej w świecie zacząłem wymagać, aby oprócz treści również forma prezentacji stała na wysokim poziomie?

Zostałem namówiony do napisania maila do Erica ze swoimi uwagami i, jeśli nie “spietram”, to może tak zrobię i odpowiedzią się tutaj podzielę. Zobaczymy.

Simon Brown “Agility and the essence of software architecture”

Po tak straszliwym zawodzie, jaki sprawił Eric, nie spodziewałem się już po konferencji zbyt wiele. Właściwie to zacząłem powoli wyglądać końca dnia pierwszego, żeby w spokoju ponarzekać na nieudane prezentacje przy browarze:). Jednak na szczęście Simon dał radę. Jego refleksje na temat architektury oprogramowania, ruchu Agile i ogólnego podejścia do programowania dawały do myślenia i wydawały się słuszne. Miło było też pooglądać człowieka faktycznie pasjonującego się tematem. Polecam do obejrzenia.

Dan North “Jackstones: the journey to mastery”

Napisałbym “OMG” ale nie jestem już sweet teenem, więc napiszę po bardziej dorosłemu: o fuck! Technicznej treści tu nie było, ale to prawdopodobnie najlepsze wystąpienie jakie widziałem… EVER! Od kiedy sam zdobywam prelegenckie szlify, zwracam dużą uwagę na warsztat prowadzącego żeby samemu jak najwięcej się nauczyć. A tutaj każdy, powtarzam: KAŻDY, prelegent, niezależnie od doświadczenia i poziomu zaawansowania, może czerpać po prostu pełnymi cebrami i starać się choćby do pięt Danowi dorosnąć.

Ale nie jest to bynajmniej performance wartościowy tylko dla prelegentów, lub aspirantów do tego miana. Wszyscy z którymi rozmawiałem byli Danem po prostu zachwyceni. Nie będę pisał o czym mówił (tytuł, a raczej jego druga część, mówi właściwie wszystko), bo choćbym się wspiął na wyżyny swoich zdolności literackich to ran jego niegodnym całować. Czy jakoś tak.

Niestety aktualnie tego akurat występu jeszcze nie ma online, ale jeśli się pojawi to zdecydowanie jest to numer jeden do obejrzenia… jeśli by to nie było do tej pory jasne jak światło bijące z loga Sharepointa w pochmurny dzień.

Bruce Eckel “What Makes a Good Development Process?”

O czym Bruce mówił – nie za bardzo wiem. Wyszedłem po kilku minutach. Kontrast z genialnym Danem był tak bijący w oczy i uszy, że po prostu słuchać się tego nie dało. Kolejny monotonny wywód, flaki z olejem, który nawet na lokalnej grupie .NET oceniłbym jako słaby już po kwadransie. Podobno było tam coś ciekawego (np koncepcja “brainwriting” vs “brainstorming”, z którą zgadzam się w 100% – do dalszego poczytania tutaj), ale… GEEZ, to była już 17 godzina, teleexpress w trakcie, kawa z organizmu wyparowała i trzeba było uzupełnić jej braki. Bo do końca tego wystąpienia na pewno bym w pełnej przytomności nie wytrzymał.

Michael Feathers “Conway’s Law and You: How to Organize your Organization for Optimal Development”

Kilka minut z Bruce’m tak mnie zmęczyło, że z sesji Michaela również wyszedłem w trakcie. Nie było tragicznie, ale jakoś tak… wolałem poszwendać się po korytarzach i przy fajce pogadać ze znajomymi. Prawdopodobnie spróbuję obejrzeć tą prezentację online, chociażby dla samego nazwiska.

Prezentacje – Day 2

Gerard Meszaros “Find the Right Abstraction Level for Your Tests”

Jak pewnie wiecie, uwielbiam temat testów. Jest to mój konik, moje “hobby”. Może dlatego zbyt wiele się tutaj nie dowiedziałem. Moim zdaniem ta prezentacja została przygotowana dobre 10 lat temu, i wtedy była “aktualna”. Zakładałbym, że dziś wszyscy tą wiedzę już posiadają. Ale jeśli założenie to okazałoby się chybione (a z rozmów wiem, że się takie właśnie okazało), to na pewno można było dowiedzieć się tutaj masę rzeczy. Co prawda slajdy wołały o pomstę do nieba (bardzo dużo treści, czcionka comic sans!) i wyglądały jak zeskanowane folie pokazywane na wykładzie na uczelni, ale to w sumie tylko trochę przeszkadzało w odbiorze. Jeśli interesują cię testy – to obejrzyj. A nuż dowiesz się czegoś nowego. A jeśli cię nie interesują – to obejrzyj tym bardziej, bo wtedy NA PEWNO dowiesz się dużo. W końcu gada nie byle kto, bo autor “XUnit Test Patterns“!

Nat Pryce, Steve Freeman “Building on SOLID Foundations”

Z SOLID miało to wystąpienie tyle co z YMCA. Dwie osoby na scenie powinny gwarantować dynamikę i masę frajdy, a tak nie było. Jedyny element godny obejrzenia to parę slajdów z różnymi potrawami makaronowymi wraz z komentarzem jaki kod reprezentują. To było autentycznie zabawne. Trochę mało, bo reszta – strata czasu.

Jevgeni Kabanov “Data-Driven Software Engineering”

Tytuł brzmiał intrygująco. W rzeczywistości dostaliśmy po mordzie dziesiątkami diagramów twierdzących, że testy automatyczne poprawiają jakość kodu o 2% i jego przewidywalność o 5%. A code review ma wpływ 11% na tworzony system. A coś tam jeszcze dodaje bądź ujmuje dalsze kilka %. Wyszedłem w momencie, gdy prowadzący (na podstawie wykresu) stwierdził, że posiadanie zespołu testerów nie ma żadnego wpływu na zawartość bugów w systemie. Maszakra, że tak po węgierszku oszmielę szię sztwierdzić.

Ciekawostka: w salach znajdowały się spore ekrany streamujące na żywo tweety zawierające tag #craftconf. Ja byłem na tyle zirytowany, że puściłem coś takiego:

Podobno wywołało to trochę zamieszania. Niestety świadkiem nie byłem, bo ciało me już się wcześniej z sali ewakuowało.

Stefan Tilkov “Architecture War Stories”

Gorzej niż było – już być nie mogło. Na szczęście Stefan dał radę i zaserwował nam prawdziwie interesujący misz-masz przygód z oprogramowaniem. Mogliśmy popatrzeć na różne – często głupie – podejścia do rozwiązywania problemów. Najcenniejsze były oczywiście wnioski wyciągnięte z opowiadanych historii. Zdecydowanie do obejrzenia.

Greg Young “Polyglot Data”

Tego pana chyba nie trzeba przedstawiać. Obejrzałem masę jego wystąpień, to było moje drugie “na żywo”. On zawsze daje radę, zawsze inspiruje, zawsze jest mistrzem. A panienki piszczą gdy wchodzi na scenę ;).

Tej konkretnie sesji chyba wcześniej nie widziałem, ale treść i tak wydawała mi się znajoma. Zbyt wiele nowego nie wyniosłem, ale mimo to była to jedna z najlepszych prelekcji podczas konferencji. Motto: “each data storage sucks, in it’s unique way”. Na pewno warto obejrzeć.

Podsumowanie

Z poziomu prezentacji nie jestem zadowolony. Owszem, było parę perełek, ale wrażenie ogólne: było dość mizernie. Szczególnie bolesny jest zawód sprawiony przez legendy (Evans, Eckel). Stara gwardia na emeryturę? Czy może po prostu na scenę nie powinni się pchać ci, którzy przez kilkadziesiąt lat nie nauczyli się występować?

Na szczęście przy okazji Build Stuff oraz DevDay zrozumiałem, że nie jeździ się na konferencje tylko po to, aby pooglądać gadających kolesi. Jeśli Ty, Najdroższy Wielce Wielebny Czytelniku, nadal jeszcze tak uważasz, to po prostu wybierz się na kolejny DevDay, wbij pazury w tłum, zintegruj się i zakochaj w konferencjach niezależnie od jakości samych prezentacji:).

Imprezy

Okazji do zabawy było bardzo wiele. Każdy dzień obfitował w wiele spotkań, rozmów, i oczywiście browara. Część towarzystwa pewnie została przez poziom żartów “podlaskiej szlachty” zniesmaczona, ale co tam, w końcu wczasy;).

Pierwszego wieczora – prawie bezpośrednio po przylocie – w kameralnym gronie siedzieliśmy do nocy na ławce nad Dunajem (który przechrzciłem na Dniestr na zmianę z Dnieprem, pewnie dlatego że w autobusie BIA-WAW obejrzałem sobie “Ogniem i Mieczem”) i popijaliśmy węgierskie wino, jak prawdziwe żule, rozprawiając nad (bez)sensem życia. Świetny klimat, miłe miejsce, doborowe towarzystwo. Bardzo udany start wyjazdu.

W czwartek pobawiliśmy się na imprezie odbywającej się w miejscu konferencji. Tłoczno, duszno, gorąco i trochę nudno, mimo fajnego występu Little G. Weevil. Dołączyliśmy więc do dużej ekipy raczącej się trunkami na świeżym powietrzu w pobliskiej knajpie, a potem odwiedziliśmy jeszcze dwie kolejne. Mieliśmy przyjemność natknąć się na czterech brytoli, nadających nowe znaczenie słowom “The Walking Dead”, co było dość zabawnym akcentem na koniec wieczoru.

Po drugim dniu konferencji nastąpiła wizyta w miejscu, które zostanie mi w głowie dłużej niż wszystkie prezentacje (oprócz Dana Northa) razem wzięte… Chodzi o lokal Szimpla. Jeśli będziecie kiedyś w Budapeszcie, to koniecznie tam zawitajcie. Ale uwaga: ryje psychę! Bo jak można się czuć mając nad stołem zawieszony kibel wyrwany z pociągu, a w nim czaszkę przystrojoną w klosz od lampy? Albo przyczepiony do sufitu fotel z wbitym weń koniem na biegunach z oderwaną głową? To bije na głowę nawet kopenhaską Christianię. Zresztą… poszukajcie sobie więcej w Google Images. Tak urocze wrażenia trzeba było dodatkowo podbić przysiadając w drodze powrotnej na naszej menelskiej ławeczce nad rzeką:).

Dnia ostatniego zaliczyliśmy z kolei inne ciekawe miejsce, w którym można było wypróbować około 20 lokalnych piw. Miejsce o tyle interesujące, że z głośników leciał Tool, siedziało się na dziedzińcu między starymi budynkami, a dostępne piwa podobno zmieniały się w trakcie, więc nie dało się w ciągu jednego wieczora wypróbować wszystkich:).

Z wszystkich tych wypadów nasuwa mi się jeden wniosek: udało się zebrać na konferencji naprawdę mocną i zgraną polską ekipę! Świetnie było spotkać rozproszonych po całym kraju ziomów, z którymi widzi się raz na ruski rok tylko przy okazji jakichś technicznych eventów. I poznać nowych. Jeszcze raz dzięki wszystkim za super imprezy. Polski desant na Budapeszt: pierwsza klasa!

Zwiedzanie

Całą sobotę mieliśmy poświęconą na zwiedzanie. Widzieliśmy jakiś kościół, jakiś zamek, jakiś parlament, Gutek był w jakiejś kultowej kawiarni… Zwiedzacz ze mnie średni i chodziłem za grupą, bo było wesoło, ale do atrakcji w postaci budynków szczególnej wagi nie przywiązywałem. Jedyne zdjęcia jakie mam to te z Szimpli. I tak w ciągu kilku tygodni bym zapomniał gdzie dokładnie byłem. Liczy się ogólne wrażenie jakie wywarło na mnie miasto… a wrażenie będzie niezatarte. Budapeszt jest świetny. Obieżyświat ze mnie co prawda żaden, ale póki co to właśnie Budapeszt pozostanie mi w pamięci jako “najciekawsze miasto jakie do tej pory widziałem”. A jak będę chciał przypomnieć sobie konkrety to wejdę w Google Earth i żółtym ludzikiem po uliczkach pochodzę.

I to tyle, drodzy moi mili. Tak wyglądało CraftConf z perspektywy Procenta. Jednym słowem: wypas!

Autor

Maciej Aniserowicz

Maciej Aniserowicz
"Procent"
developer / architect

MVP
MCP

Search
Facebook
Twitter
Archiwum
Kategorie
© Copyright 2008-2014 Maciej Aniserowicz. All rights reserved. Running on WordPress.