14
Apr

Po konferencji "GET.NET"

Kolejny odcinek z cyklu “pojechałem, mówiłem, było zajebiście”…

W piątek 12 kwietnia zapakowałem Joannę w Elantrę i ruszyliśmy na podbój Łodzi. Okazja całkiem zacna: pierwsza edycja konferencji GET.NET organizowanej przez SII. Na ten event zostałem “wciągnięty” już w październiku, kiedy to po spotkaniu łódzkiej grupy .NET mnie i Gutka zaczepił Daniel z SII werbując nas na jednych z pierwszych prelegentów. Zgodziliśmy się w sumie bez chwili wahania, niewiele wiedząc nawet o całej inicjatywie.

Po tych kilku miesiącach oczekiwań, kilkadziesiąt godzin po powrocie do domu (Łódź Kaliska – Białystok w 2h50min, yeah, i tylko jedno radarowe zdjęcie po drodze;) ) jestem z wyjazdu bardzo zadowolony. O samej imprezie napiszę za chwilę, póki co – wrażenia z mojej sesji.

Ponownie, jak kilka dni wcześniej na 4Developers, mówiłem o Dependency Injection. I z mojej perspektywy – było to mocno inne wystąpienie. O wiele lepsze. Udało mi się nie skończyć za wcześnie (a właściwie timing wyszedł idealnie, bo pytania rozpoczęły się po 55 minutach). Udało mi się (chociaż nie wiem jak i czemu) nie spurpurowieć między czołem a szyją. Udało się wreszcie po raz kolejny śmiechu trochę wywołać, co według mnie jest w takich sytuacjach istotne, bo dodaje energii i rozluźnia atmosferę.

Feedback, który póki co uzyskałem, jest również satysfakcjonujący. Jeden z kumpli określił mój styl prezentowania jako “rustykalny”, ale cokolwiek to oznacza w tym kontekście – dobrze że “jakiś” styl już mam. Od innej osoby usłyszałem że, mimo dość podstawowego poziomu merytorycznego, po mojej godzinie na scenie poczuł się naładowany energią. Wypas, podobnych uwag było więcej. Dodatkowo podeszła też do mnie miła uczestniczka, wyróżniająca się urodą z tłumu utetłanych pizzą devów, i oświadczyła że dołącza do fan-klubu. Czego chcieć więcej? Pozdro! Na przyszłość dwa razy się zastanowię zanim swoją Joannę na wyjazd zabiorę:). I oczywiście do całej reszty, jak zwykle, apel – jeżeli tego jeszcze nie zrobiliście to dawajcie znać (nie tylko mi, ale wszystkim prelegentom!) jakimkolwiek kanałem o swoich wrażeniach. Naprawdę pozwala to nam doskonalić się w tym fachu, dzięki czemu nasze kolejne spotkania mogą być jeszcze fajniejsze.

Oprócz mnie można było pooglądać chociażby znanego pewnie wszystkim Tomka Kopacza. A do tego Gutka, Basię Fusińską, Rafała i Michała (organizatorów DevDay) oraz kilku innych wymiataczy. Najbardziej żałuję, że ominęła mnie sesja Michała Łusiaka o niesamowicie chwytliwym tytule “WTF#” – podobno była świetna. Dodatkowo zaproszenie na “speakers dinner” zorganizowaną w hotelu w przeddzień konferencji przez Macieja Topczewskiego, dyrektora łódzkiego oddziału SII, spowodowało, że niestety na keynote w wykonaniu Tomka Kopacza się nie wyrobiłem. No ale nie mogło być inaczej, skoro osuszyliśmy cały hotelowy asortyment i musieliśmy po dolewkę udać się na pobliską stację benzynową;). Ale w kilku innych sesjach uczestniczyłem. Większość z nich zdecydowanie trzymała wysoki poziom i nie byłbym zawiedziony nawet gdybym zjawił się w Łodzi jako uczestnik.

Przed samym wyjazdem miałem kilka chwil zwątpienia. Dotarło do mnie bowiem, że to będzie prawdopodobnie najzwyklejszy “spęd rekrutacyjny” pod przykrywką konferencji technicznej. Na szczęście okazało się, że nic bardziej mylnego! Nie było nachalnych półnagich hostess z napisem “zostaw nam swoje CV” wytatuowanym między lewym a prawym łokciem. Nie było wszędobylskich chamskich drogowskazów na rozmowy rekrutacyjne. To po prostu nie były “targi pracy” pod szyldem jednej firmy, a prawdziwy techniczny event. Niezmiernie mnie ten fakt ucieszył i gratuluję tego organizatorom.

Nie zmienia to faktu, że parę rzeczy można by poprawić od strony czysto organizatorskiej. Z braku “nakładanych na uszy mikrofonów”, jakkolwiek się to nazywa, zostały już wyciągnięte wnioski. Bo jak tu pisać na klawiaturze jedną ręką, w drugiej dzierżąc mikrofon? Na szczęście w trakcie konferencji udało się ta sytuację uratować wykorzystując statyw oraz drugi mikrofon. Dodatkowo przydałaby się jakaś obecność organizatorów na Twitterze z “oficjalnym” tagiem. Miło byłoby też poprawić stronę www, ponieważ na urządzeniach mobilnych nie działa ona ani trochę, a aplikacja z agendą wyszła tylko na Windows Phone. No ale to są pierdoły w porównaniu do ogólnego wrażenia i na pewno da się je bardzo prosto poprawić w przyszłych edycjach. Dodatkową kwestią, na którą warto zwrócić uwagę, jest lunch. Ludzie wychodzili z prezentacji i zamawiali sobie pizze, co jest w pełni zrozumiałe – o samym ciastku i kawie ciężko jest wytrzymać bite 8 godzin technicznej treści. Jakieś kanapki by się mimo wszystko przydały. I to tyle moich sugestii, poza tym było bomba.

Podczas pożegnania zapewniono nas, że GET.NET stanie się eventem corocznym w polskim kalendarzu IT. Mam szczerą nadzieję, że faktycznie tak się stanie, bo wyszło o wiele lepiej niż się spodziewałem. Nadzieja obejmuje również ponowne zjawienie się w roli prelegenta, tym razem już bez obaw o “spęd rekrutacyjny”;). Zapamiętajcie tą nazwę, śledźcie losy konferencji i do zobaczenia za rok!

Autor

Maciej Aniserowicz

Maciej Aniserowicz
"Procent"
developer / architect

MVP
MCP

Search
Facebook
Twitter
Archiwum
Kategorie
© Copyright 2008-2014 Maciej Aniserowicz. All rights reserved. Running on WordPress.